Czwartek, 05.06.09, godz. 23:51
- Adam gdzie jest torba?
- Jaka torba?
- No moja taka niebieska, że niby podręczna.
- A nie wiem zapewne diabeł ją ogonem nakrył.
- A to super nie jadę, nie mam w co szmat spakować.
Po prawie godzinnym leżeniu na łóżku spowodowanym brakiem torby, w końcu wstałam i wygrzebałam z domu pająka wielką torbę na kółkach i zaczęłam pakować rzeczy na jutrzejszy wyjazd. Gdy wszystko było gotowe udałam się do spania zamówionego. Rano jak zwykle ten sam scenariusz co przed każdym wyjazdem, a mianowicie w dupie nie jadę spać mi się chce. Jeszcze trochę marudzenia i gotowi do drogi.
Adaś z wielką torbą, ja z prowiantem pod pachą, udaliśmy się na autobus, który nawet nie raczył otworzyć drzwi gdyż za dużo osadników już gromadziło się w środku. Tak więc swego rodzaju tzw. mały przypał. Lecimy do głównej ulicy aby złapać taksówkę, łapiemy i jeszcze jesteśmy na miejscu przed znienawidzonym autobusem i jego kierowcą.
W pociągu nie za fajnie, siedzenia jakie mieliśmy były jakby czteroosobowe z gównianym stolikiem pośrodku, który skutecznie tłamsił nogi. No ale żeby tylko ten stolik był nie po naszej myśli, jako dodatkowy bonus wystąpili starzy Francuzi w roli towarzyszów. Ale nie żeby na tym koniec, po około 20 minutach jazdy pociąg zatrzymał się po kilku dodatkowych pasażerów, którzy okazali się też starymi jak poprzednicy ale tym razem Niemcami. Na szczęście tym razem mieliśmy doskonały zestaw podróżny. Zestaw składał się z wersji mini gry Guess Who?, talii kart, laptopa, 2 gazet w stylu Lady GaGa chodzi naga, chipsów, kolki, kanapek i ciastek.
W Paryżu byliśmy koło południa. Ustawiliśmy się w kolejce do maszyny sprzedającej bilety na metro. Kolejka może i była dłuższa ale przynajmniej nie trzeba było gadać z tymi na L…. Z biletami w łapkach skierowaliśmy się do bramek, które nie dość że były potwornie wąskie to jeszcze wyglądem przypominały poziomą gilotynę. Biedny Adaś ledwo co przelazł z tą masakryczną torbą.
Największą chyba różnicą pomiędzy metrem londyńskim a tym paryskim to taka że w Paryżu preferują schody oczywiście nie ruchome dla zminimalizowania ruchów jak w Londynie tylko normalne betonowe, zimne, oszczane schody. Ogólnie na niektórych stacjach paryskie metro jest uderzająco podobne do tunelu w Gdańsku czyli tzw. ryneczek a nawet więcej bo połączony z warzywniakiem a raczej z owocniakiem gdyż ani jednego warzywa tam nie wiedziałam za to pełno owoców. Są też śmietniki co jest dużym ułatwieniem życia. Jeżeli chodzi natomiast o sam pojazd paryskie metro bardziej przypomina śmieszny tramwaj z gumowymi kapciami, jest dużo wyższe od londyńskiego a drzwi otwierają sobie sami pasażerowie taką śmieszną dźwignią klamką zazwyczaj zanim metro zdąży się jeszcze zatrzymać. Nawet Adaś i ja sami spróbowaliśmy, super już potem cały czas i ani żeśmy nie czekali aż się zatrzyma. Dodatkowym plusem jest fakt posiadania zasięgu w komórce jadąc metrem. Autobusów piętrowych nie widziałam ale za to występują piętrowe pociągi tzw RER.
W hotelu który był sto kilometrów od centrum byliśmy po drugiej, pokój na ósmym piętrze, winda-check-jest. Ogólnie facet w recepcji dosyć był nierozgarnięty i chyba nie bardzo kumał. A więc Adaś do niego oczywiście zapytuje o internet a on na to odpowiada że zaraz sprawdzi, ……..o tak śniadania mają państwo wliczone. Po ponowieniu pytania facet w końcu zaczaił bazę i wytłumaczył nam że internet owszem jest ale trzeba wykupić można albo na 20 minut albo na godzinę, super od razu olaliśmy. Ładujemy się na górę, gramolimy się do pokoju a tam syf, jakieś stare pety moczące się w kubeczku i ogólnie niefajnie. Naszczęście zaraz pokój został posprzątany ale dla mincla już wystarczyło aby mikro szał wystąpił i złość.
Po rozpakowaniu szmat w sekundzie wyruszyliśmy zwiedzać. Adaś ładnie wcześniej wykumał co i jak z metrem i prowadził mnie jak kukiełkę. Na początek udaliśmy się zobaczyć Łuk Triumfalny. Nie powiem dosyć jest elegancki i robi wrażenie, przynajmniej mi się podobał. Najśmieszniejsze jest to rondo dookoła łuku, jest tak wielkie i straszne, zero pasów dosłownie co sekundę ktoś nie wie gdzie jechać i stoi na środku. Następnie że niby taki spacerek poszliśmy Polami Elizejskimi w kierunku Luwru. Po drodze jeszcze tylko zahaczyliśmy o McDonaldsa co spowodowało wielkie rozczarowanie. Hamburgery nie dość że małe to jeszcze bardzo biedne a i do tego drogie, gdzie wiadomo, że McDonald to najtańsze miejsce na świecie. Ubogość owych hamburgerów polegała między innymi na braku wszystkiego, a zatem składały się z suchej buły no i mięsa, nic ująć, a dodać można by wiele. A i jeszcze wstąpiliśmy do Sephory aby obadać czy przypadkiem Chanel, że niby z Francji nie są tam tańsze, ale nie. Kierujemy się do wyjścia a tu nagle womanizer, womanizer i normlanie występy, że niby jakiś pokaz mody ale nie z udziałem sławnych modelek czy modeli tylko ze spedalonymi sprzedawcami w pełnym makijażu zaciasnych spodniach i bluzkach. Jednym słowem show maks, jakieś oklaski, krzyki, błyski fleszy, prawie jak na rasowym pokazie mody, prawie – robi wielką różnicę.
Nie będę nawet próbowała nikogo oszukiwać, że do tego Luwru to szybko doszliśmy. Bardzo ból stóp i jęczenie, gównie ze strony Adasia oczywiście. Jeszcze tylko jeden przystanek na lody połączony z siedzeniem na ławeczce i już widzę szklaną piramidę. Obowiązkowa sesja przed Luwrem i wchodzimy do środka. Ja jako wyrośnięte dziecko czyli poniżej 26lat weszłam za darmo, Adaś z kolei jako nadrośnięte musiał zapłacić. Zaopatrzeni w przewodnik TOP TEN, zaczęliśmy zwiedzanie. Ogólnie może być, ale praktycznie poza Wenus z Milo i słynną Moną Lisą nie ma tam nic ciekawego, za to łażenia w pip. W dodatku Mona Lisa dosyć nie imponuje rozmiarami to raz, dwa otoczona jest sznurem z frędzlami, trzy dwaj strażnicy łypiący okiem to tu to tam i cztery to masakryczna liczba ludzi zgromadzona dookoła. A zatem nie obyło się bez grzecznego pardon a pod nosem spadaj stary małpiszonie, inaczej nawet bym zdjęcia nie była w stanie zrobić. Poważnie wykończeni wróciliśmy do hotelu.
Następnego ranka z wielkim głodem i oczekiwaniem zeszliśmy na śniadanie a ledwo co zdążyliśmy, bo już prawie nic nie było. Dosyć mizernie zaprezentowali swoje zdolności kulinarne, ale cóż głód nie wybiera. Do wyboru mieliśmy kawałki bagietki, rogaliki, dżemiki, ser i szynka a i jeszcze ser i szynka a nie to już było, tak więc widzicie co nas spotkało, i że niby Francja digu digu a normalna bieda aż mysz piszczy. Najgorzej, że potwornie padał deszcz, Adaś cwaniaczek szapkę na uszy naciągnął i do przodu a mi nie pozostało nic innego jak siatkę na głowę i za nim w kierunku wieży Eiffela.
W metrze dosyć ciekawa sytuacja nas spotkała a mianowicie pełno kibiców nie wiadomo czego, trudno powiedzieć, sądząc po czerwono-żółtych strojach koguta, można by śmiało zaryzykować stwierdzenie, że byli to fani drobiu, a tak na poważnie to coś związane ze sportem. Owi kibice podążali tak jak my na pola marsowe. Niestety deszcz dalej naparzał więc zmuszona kupiłam od jakiegoś żyda parasolkę za 15 euro, a on do mnie „dziękuję”. Najgorsze jednak okazało się czekanie w kolejce do wieży Eiffela. Zajęło nam to około 2 godzin, masakren, jako dodatkowy bonus występowało przemoczenie stópek i zimno i gorąc na zmianę. Zakupiliśmy bilety na samą górę, i gęsiego po kolei do windy. Ruszyła maszyna, już nikt nie zatrzyma, coraz wyżej i wyżej i strach mnie ogarnął, że przecież ta wieża Eiffela to dosyć jest stara te windy też jakieś pół śmieszne. Kurczowo trzymając się poręczy dojechałam na górę. Widok super, panorama eleganteks, dużo ciekawsza niż ta Londynu, którą można zobaczyć z London Eye. Obadaliśmy dokładnie tam na górze co i jak, troszkę się tylko bałam do tych barierek podchodzić, z czego Adaś się zara ze mnie śmiał. Na drugim piętrze znajdowały się sklepiki z pamiątkami, jakiś bar i jako dodatkowa atrakcja gołębie w postaci szarej.
Następnie zahaczyliśmy o hotel inwalidów, gdzie ja jako dziecko poniżej 26 weszłam za darmo aby okiem własnym obadać grób Napoleona i potem zdać relacje z nudów Adasiowi. Aporopo tego wejścia za darmo to był tylko taki bonus dla turystów z Europy, a zatem przy zakupie bezpłatnego biletu zostałam spytana skąd jestem, odpowiadam ładnie że z Polski, a na to koleś do mnie, że chciałby paszport zobaczyć, a zatem wniosek z tego taki że debil nie wiedział, że Polska jest w Europie.
Kolejnym punktem był Panteon a więc szybko co sił w nogach pobiegliśmy na metro. Zdyszani wpadliśmy w ostatniej sekundzie i szybko do krypty bo ona była zamykana najszybciej. Trochę czasu zajęło nam robienie zdjęć w różnych pozach i ominęliśmy grób Viktora Hugo, ale co tam zdjęcia ważniejsze, żeby potem np. na szkapę wstawić. Ten cały Panteon to wogle trochę śmieszny jest, bo niby miał wyglądać jak ten Grecki a wogle tak nie wygląda, dwa owa krypta wygląda rodem jak z Egiptu, a ogólnie cały Panteon jak katedra St Paul w Londynie. W ten sposób znaleźliśmy się w dzielnicy łacińskiej.
Przechodząc koło narożnej restauracyjki zaintrygowała nas zupa, którą śmieszną mordką konsumował pewien Francuz. Więc od razu do środka, kelner: bonjur, my: hi, table for two, please. Zasiadamy przeglądamy menu, ale nie dojdziesz, co tam powypisywane. Nareszcie przylazł kelner i znowu z tym swoim francuskim wyjeżdża, na boga ręce opadają, no więc mówimy mu, że tam taki pan jadł zupę i my chcemy taką samą, do tego winko i obowiązkowo bagietka. Troszkę nasyceni zaczęliśmy kręcić się po wąskich uliczkach, gdzie co kawałek zachęcani przez kelnerów w końcu ulegliśmy jednemu i znów w restauracji i znowu jedzenie. Zamówiliśmy ślimaki, dosyć się brzydziliśmy nie powiem, ale nie były takie 100% najgorsze. Trochę tylko na koniec wstyd sobie zrobiłam bo sprawdzałam czy aby żadnego nie przeoczyłam i tak grzebałam namiętnie mu w skorupce, że ni z tego ni z owego znienacka wyskoczył i odstawił popis taneczny na podłodze. Zara jakieś śmiechy chichy, ale pewnie nie byłam pierwsza, której się to przydarzyło, ta jasne tak se mów.
Z pełnymi brzuszyskami, rumieńcami na twarzach i lekkim szumem w głowie dalej zatłoczonymi uliczkami doszliśmy do stacji metra i już mieliśmy się ładować do środka, ale usłyszeliśmy, że ktoś coś gada, że Obama i Obama, kto to jest ten Obama?:) Wychodzimy ustawiamy się, wpatrzeni stoimy i czekamy. Policjanci coś kręcą, sieją tylko puste nadzieje, że to już a wcale nie już. W końcu chyba po półgodzinnym czekaniu, jadą, na początek eskorta na motorach, dalej opancerzone ciężarówki a z tyły normalnie z karabinami wystawieni jezu, ale się boję i dopiero za nimi tzw. super samochód z dwiema flagami, francuską i amerykańską. Głupie szyby były przyciemnione i dupa nic nie zobaczyliśmy, ale nagrany przejazd mamy a to już coś. Przez te wszystkie atrakcje zrobiło się dość późno toteż zaopatrzeni w winko o nazwie Muskador powędrowaliśmy do hotelu, muskadorrrr……….. ohydne było maks.
W niedzielę, a że była to pierwsza niedziela miesiąca do muzeum Orsay, centrum Pompidou i katedry Notre Dame weszliśmy za darmo. Zaczęliśmy od muzeum Orsay. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o zbiory to wydało mi się dużo ciekawsze niż Luwr. Pooglądaliśmy tam sobie obrazy takich osobistości jak Van Gogha, Moneta, Maneta, Renoira, Degasa czy Whistlera. Bardzo nam się to wszystko podobało, super jest ta matka Whistlera, którą pewnie bardziej znamy z komedii z Rowanem Atkinsonem czy jak kto woli Jasiem Fasolą.
Następnie pomaszerowaliśmy obadać katedrę Notre Dame. Strasznie się gorąco zrobiło toteż w środku było bardzo przyjemnie. Trochę mi się tylko nie podobało, że podczas gdy my zwiedzaliśmy katedrę trwała msza, nie powinni więc wpuszczać to tak nieładnie. Pomodliliśmy się w intencji zdrowych nóg u mnie i zerowej astmy u Adasia i wyszliśmy na zewnątrz aby ustawić się w kolejce na wieżę. Ładnie stoimy czekamy, kolejka ani drgnie, dalej stoimy, odwracam się do Adasia żeby mu się popsocić z nudów a tu ohydna morda jakiegoś potwora. Potwornie wrzasnęłam, zawał sto procent. Jakiś gość widocznie taka dodatkowa atrakcja przebrany prawdopodobnie za słynnego garbuska dzwonnika chodził i straszył ładne dziewczynki. Zniechęceni nieporuszającą się kolejką olaliśmy tą wieżę i w nogi.
Ostatni przystanek naszego zwiedzania to centrum Pompidou. Na placu spodziewaliśmy się zobaczyć pełno artystów szaleńców, czubków, ale przez głupi deszcz wszyscy się pochowali. Sto godzin jechaliśmy na górę schodami i coraz wyżej i wyżej a końca nie widać. Zaciekawieni sztuką nowoczesną bardzo nas się spodobały, rzeczy które tam zobaczyliśmy. Kolejnym punktem naszej wycieczki było stoisko z lodami, dosyć ciekawe nie powiem i te marmury. No więc zamówiliśmy te lody a tu proszę proszę normalna róża tyle, że bez kolców a za to do lizania, cwaniara śmiesznie lody ukształtowała nam w kształt róży. Jako iż był to ostatni punkt naszej wycieczki, leniwie wydając po drodze do reszty wszystkie monetki doszliśmy do hotelu.
I tak idąc Adaś z szapką na uszach ja z parasolką za 15 euro mijaliśmy różne stanowiska z pamiątkami, że niby z Paryża. I Adam do mnie, choć kupię ci czapkę, bo zaraz wiatr zawieje i parasolka skończy swój żywot. Ja mówię, że nie ma sensu po co i wgole nie. Dosłownie uszliśmy może z metr od straganu jak nie zawiało jak parasolce wszystkie wąsy wyszły, żałujcie żeście nie widzieli. Ja szybko w kąt bo wiało niemiłosiernie, coś tam próbuje, składam, zaciskam, przeklinam i jak ją raptem połamałam już całą na amen. No i Adaś kupił mi jednak tą szapkę.
Nazajutrz spakowaliśmy manatki, z niechęcią zjedliśmy śniadanie, zdaliśmy pokój i w deszczu udaliśmy się na dworzec. Strasznie lało maks, paskudna pogoda. Trochę głupio wybrałam żeby wracać o 15 toteż trochę na dworcu sobie posiedzieliśmy. Wracając zrobiliśmy jeszcze test jak długo jedzie się tunelem, wyszło jak nic 20 minut, więc zbytnio się nie popisali.

Ostatnie komentarze